BODY,  MIND,  SOULMATES

Mam na imię Kasia

No i stało się, sięgnęłam dna. 90 kilo wagi przy wzroście 168 cm.

Tak więc mamy dramat, to znaczy ja mam dramat. Chyba się umówię  na jakąś sesję terapeutyczną – póki co sama ze sobą. Tylko co tu mądrego sobie powiedzieć. Przecież wiem, że dla mojego zdrowia lepiej mieć mniej niż więcej; stawy, nadciśnienie, ewentualna cukrzyca (lepiej zapobiegać niż leczyć), nie wspomnę o ciągle bolącym kręgosłupie. A to, że wyglądasz jak zapeklowana szynka w swoich ciuchach. Czy ta frustracja każdego dnia, kiedy stoisz przed otwartą szafą i widzisz, że 7/8 twoich ciuchów jest na ciebie za małe. Jak tu żyć panie prezydencie, jak żyć?!

I tak patrząc na siebie, dochodzę do wniosku, że jestem osobą uzależnioną. Tak, właśnie uzależnioną. Dokładnie te same mechanizmy. Ta kompulsywność. Ta równia pochyła. Widzisz, że pikujesz w dół i nie możesz się zatrzymać. Wchodzisz na wagę, nie podoba ci się to co widzisz, a jednak nie wpływa to na to, żebyś cofnęła rękę przed kolejnym smakołykiem. Wieczorem siedzisz wściekła na siebie, gdy podsumujesz sobie dzień. Nienawidzisz każdego, kto nawet z troską, nie złośliwie, wspomni coś na temat, że jakby cię więcej. Tak naprawdę nienawidzisz siebie, że jesteś taka słaba, że nie masz kontroli. Ty, taka babeczka hej do przodu, twarda radząca sobie w życiu. Tylko ze swoim życiem poradzić sobie nie umiesz.

To jest dokładnie ten moment, kiedy powinnaś przyjść do mnie.